Witam na stronie!

Henryk B. Szumielski - Historyjki z historii czyli...



Przygody genealoga.



Nim zacznę...

Od dawna wiem, że powinienem opowiedzieć tę historię. Siedzę właśnie nad pustą kartką papieru i zastanawiam się nad tym, od czego zacząć, co jest najważniejsze?

***

Pijany Feliks siedział niedbale na ławie. Przed nim, na stole, stała szklanka wódki. Zawiązany wokół przegubu lewej ręki sznurek biegł w stronę wąskiego szpaleru pobliskich krzaków. Sznurek rytmicznie naprężał się i opadał. Feliks pociągał miarowo. Od czasu do czasu pociągał także łyk gorzałki i ciągnął wtedy za sznurek z nowym przypływem energii. Nagle zza krzewów rozległ się rozpaczliwy płacz. Dziecko wypadło z kołyski.

Tak mógłbym rozpocząć tę historię. Mógłbym zacząć ją również tak:

- Coś taki markotny Bronek? - zapytał kowal swojego młodego i bardzo chudego pomocnika.
- Jeść mi się majster chce!
- Na jedzenie trzeba najpierw zapracować. Na parapecie leżą suche skórki od chleba. Możesz je zjeść. Skórki dają siłę.

Chłopak jadł łapczywie. W kuźni słychać było szybki, głośny chrzęst. Zęby miał Bronek mocne. Po latach wyrósł na silnego mężczyznę. Nie wierzył, że siłę czerpał z tych zeschłych skórek. A może majster miał rację?

Mam w zapasie jeszcze wiele początków tej historii:

Młoda baronówna Lambrecht-Hildebrandt zakochała się od chwili, kiedy spojrzała mu w oczy. Był to młody mężczyzna z małej, biednej wioski w Prusach. Najpierw usłyszała dźwięk skrzypiec - długi, tęskliwy, marzycielski. Potem dostrzegła skrzypka. Dalszy ciąg jest taki, jak w każdym dobrym melodramacie. Porzuciła swoją wiarę i przeszła na katolicyzm. Spieszyło im się bardzo. Ślub był skromny. Ze strony panny młodej nie było nikogo. W wianie wniosła mężowi sto dolarów. Tyle miała. Tyle gwarantowało jej prawo. Poza tym straciła wszystko. Rodzina nie chciała takiego związku. Potem urodziła dziewięcioro dzieci. Kiedy ona i Rudolf, jej mąż, byli już po siedemdziesiątce wyjechali za dziećmi do Ameryki. Żyli tam jeszcze długo i szczęśliwie.

Mógłbym swoje opowiadanie rozpocząć od tego momentu, kiedy Aniela figlowała z Janem na dość wygodnej, piaszczystej glebie, wśród owsa. Chabry uśmiechały się do niej radośnie. Maki kiwały głowami ze zrozumieniem. Nawet owies pochylał się, aby lepiej widzieć. Nie chcę snuć opowieści erotycznej, więc dodam tylko, że niedługo urodziła zdrowego chłopca, a kilka miesięcy później wzięła ślub z jego ojcem.

Każda historia zaczyna się w wielu miejscach. Toczy się kolejno i równocześnie. Taka jest natura rzeczy. Wydarzenie goni wydarzenie. Jedno wypiera z pamięci drugie. Po latach nikt już nie pamięta, jaka była kolejność. Tylko historycy skrzętnie gromadzą daty. Ludzie żyją z dnia na dzień. Nie pamiętają dat. Odczytują je z nagrobków - jeśli jeszcze stoją. Mało, kto pamięta początek. Nikt nie dożywa końca, bo historia toczy się stale. Każde następne pokolenie opowiada jej dalszy ciąg, gmatwając początek. Nieprawda miesza się z prawdą - powstaje historia rodzin.

Młody Węgier Franek Korda opuścił piękną żonę i dziecko i poszedł w świat. Poszedł, dlatego, że jeszcze bardziej niż rodzinę kochał przygody. Lubił się włóczyć, a że miał ręce zdatne do każdej pracy i potrafił wszystko, wszędzie był mile widzianym gościem. Jego uroda wyróżniała go zawsze spośród innych mężczyzn w okolicy, więc cieszył się względami kobiet. To także było jednym z powodów wędrówek. To nic, że obrywał od mężów i wioskowych kawalerów, którzy gorliwie bronili swoich haremów. W końcu wychodził na swoje. Teraz zatrzymał się na dłużej w Czechach. Nie mógł porzucić ślicznej kobiety, która chciała, aby został. Został do czasu, aż dziecko skończyło dwa lata. Potem znowu poszedł. Trafił do mojej dalekiej krewnej. Wiem, że była z Kordą szczęśliwa. Jak długo? Tego nie wiem. Nie wiem także czy został, czy poszedł dalej. A może już nie zdążył?

Mała Franciszka bawiła się wraz ze swoim rodzeństwem na zatłoczonym statku płynącym z Hamburga do Kanady. Miała tylko pięć lat. Rodzeństwo było młodsze. Walerian skończył trzy, a Władek zbliżał się do dwóch. Z zainteresowaniem obserwowali olbrzymie koło, które systematycznie mieliło wodę. Jak to nasze młyńskie na Szumiącej - pomyślała Frania. Od Frances zaczęła się historia rodu w Kanadzie. To jej geny mają ludzie, którzy być może nawet nie wiedzą, że ich przodkowie mieszkali w Polsce. Także geny baronówny Lambrecht-Hildebrand i jej przodków, pomimo tego, że się jej wyrzekli. Geny wiedzą swoje - związków pomiędzy ludźmi skutecznie wyrzec się nie da.

Władysław udzielał wywiadu. Wiedział, czego chce dziennikarz. Lubił żarty, więc już dawno wszystko przygotował. Teraz jednoznacznie stwierdził, że skończył właśnie sto lat. Dokładnie trzy dni temu - pierwszego kwietnia. Pomimo zbieżności daty z popularnym w Polsce Prima Aprilisem data była prawdziwa. Wiek nie. Właśnie skończył lat 95. Ale sto brzmiało lepiej.... Od tego momentu także mógłbym rozpocząć opowieść tej historii.

A może powinienem najpierw opowiedzieć o tym, jak dwaj bracia Feliksa wyjechali w okolice dzisiejszego Oberhausen. Tam podjęli pracę, ożenili się. Tam rodziły im się dzieci. Tam, w Niemczech, żyje jeszcze ostatni przedstawiciel rodu noszący polskie nazwisko. Nosicieli genów jest o wiele więcej.

***

Opowiem Wam wszystko, dopóki czas nie wymazał mi pamięci. Opowiem Wam, bo wiem już, co jest najważniejsze. Mniejsze znaczenie ma początek, znacznie większe całość, ałe najważniejsze jest to, aby zacząć. A więc:

"Dawno, dawno temu..."

Następna historyjka...



Uwaga! Opisywane historie zdarzyły się naprawdę, albo mogły zdarzyć się naprawdę, albo autorowi wydaje się, że się zdarzyły lub mogły się zdarzyć. Na pewno powstały w czasie poszukiwania przodków, więc opisane tu przygody, w tym sensie, są prawdziwe. Być może, że to któryś z antenatów mi je podyktował. :|